piątek, 19 grudnia 2014

Coraz bliżej Święta...

Każdy ma kalendarz i każdy wie, co czeka nas w przyszłym tygodniu. Ja postanowiałam nastroić sie odrobinę w świątecznym klimacie. W tym celu przyozdobiłam moje mieszkanko. Pokażę Wam jak przy pomocy kilku przedmiotów (znalezionych w domu) stworzyć namiastkę świątecznej atmosfery:)





WYKORZYSTAŁAM:


- kilka złotych wstążeczek
- kuchenny słoik z pokrywką
- białą latarenkę
- dwa słoiczki po musztardzie
- watę
- starą świecę Caritas i podgrzewacze
- mini klamerki drewniane
- samoprzylepny złoty papier
- dziurkacz w kształcie bałwanka
- białą kokardkę
- komplet lamek choinkowych
- białą farbkę plakatową
- pędzelek
- białe kartki papieru
- nożyczki






1. Latarenki.
Do każdego ze słoiczków włożyłam torchę waty. Następnie wstawiłam świeczki i zawiązałam kokardę. Słoiczek kuchenny pozbawiłam drutów, wydaje mi się przez to bardziej estetyczny :)




2. Klamerki zamiast bombek!
Powiem szczerze, bombki mi się znudziły. Postawiłam na coś bardziej oryginalnego. Małe klamerki pomalowałam biała farbką plakatową a nastepnie naklepiłam złotego bałwanka na każdą z nich. Ozdoba na choinkę była gotowa :)





3. Girlanda śnieżynek.
Między jedną ścianą, a drugą zawieśiłam szunreczek. Następnie z białego papieru powycinałam różnej wielkości i kształtów płatki śniegu. Na koniec przymocowałam je do sznureczka, tworząc w oknie girlandę z białych płatków śniegu. 


Całość prezentuje się tak:)
Zachęcam do kreatywności. Naprawdę nie trzeba wiele:)

M.

piątek, 12 grudnia 2014

Rozgrzej się z grzańcem!

Choć za oknem nie ma śniegu to i tak chłód daje się  we znaki. Na zimowe wieczory z przyjaciółmi najlepszy jest grzaniec. Niezwykle rozgrzewa ciało i ducha ale również doskonale pasuje do mroźnych imprez.

fot. Różowa Komoda

Do przygotowania Grzańca potrzebujemy:

- butelka półsłodkiego wina
- łyżeczka goździków
- pół łyżeczki cynamonu
- pół łyżeczki imbiru
- szczypta gałki musztatołowej
- odrobina mielonego ziela angielskiego
- 1 pomarańcza



Pomarańczę należy oczywiście umyć a następnie pokroić w plastry. Do garnka wlać wino i dodać przyprawy. Składników cała masa, ale zdecydowanie warto! Dla leniwych- najprostsze i najszybsze jest dodanie gotowej mieszanki przypraw – chociaż to nie to samo… Po chwili dodajemy pomarańcze (ja zawsze zostawiam jeden plasterek do dekoracji szklanki). Wino wraz ze składnikami podgrzewamy wolno, tak aby  nie dopuścić do zawrzenia. Jeśli mamy termometr kulinarny to warto wino podgrzać  do max. 60°.
Gorący grzaniec z pomarańczami rozlewamy do szklanek, dekorujemy  plastrem pomarańczy z goździkami.
Do przepisu można również wykorzystać wino wytrawne, dodając do niego łyżkę miodu.
A zatem – miłych grzanych wieczorów! :)

fot. Internet
Korzystając z okazji to wszystkich żądnych wrażeń, nocnych marków, a także tych spragnionych 
autorskich, ręcznie wykonanych prezentów zapraszam na Świąteczną Noc Nadodrza. 13 grudnia od 12 w południe do północy odwiedzać będzie można galerie, pracownie, restauracje, uczestniczyć w warsztatach, wystawach i wielkim świątecznym kiermaszu. Niewykluczone, że będzie to jedyna okazja do poznania bliżej tajników nadodrzańskich rzemieślników. Swoją pracownię zaprezentują m.in. Jan i Lidia Cichutkowie z Zakładu Ramskiego przy ul. św. Wincentego. Opowiedzą oni o rzemiośle i doborze ramy do obrazu. Mistrzów rzemiosła przy pracy będzie można również zobaczyć, przychodząc do pracowni Ramy Domański przy ul. Chrobrego 28. W sobotę będzie też możliwość porozmawiania z jednym z niewielu szewców we Wrocławiu, który potrafi jeszcze robić buty na zamówienie, a przy okazji jest niezwykle utalentowanym rzeźbiarzem (spotkanie w Zakładzie Szewskim przy ul. Łokietka 7). Między zwiedzaniem jednego i drugiego miejsca będzie można zatrzymać się i usiąść w Cafe Rozrusznik przy ul. Cybulskiego 15 i skosztować kawy rodem z Wrocławia czyli Wrocławskiego Deszczu. Ogrzać się będzie można również W Rytmie Ziemi przy ul. Pomorskiej 32U/4, od 11.00 trwać tam będzie degustacja kawy karobowej i słodkości, które można jeść bezkarnie. W Dobrej Karmie natomiast będzie można skosztować urodzinowego tortu lub zjeść obiad przy akompaniamencie DJ-a. Więcej szczegółów Świątecznej Nocy Nadodrza znajdziecie oczywiście na Facebooku.
Widzimy się na Kiermaszu! :)

E.

piątek, 5 grudnia 2014

Boże Narodzenie w listopadzie.

Jeśli kogoś nie obchodzi, co myśli autorka, to niech nie czyta dzisiejszej notki. Nie dowiecie się z niej na jaki film warto pójść, ani też jak wykonać śliczną ozdobę choinkową. Nic z tych rzeczy, chociaż o choinkach bedzie sporo. 
Wiekszość z Was już wie, że mieszkam we Wrocławiu. Nikogo nie trzeba uświadamiać, że jest to jedno z większych polskich miast. Z mnóstwem galerii, pięknym rynkiem i innymi takimi atrakcjami, które posiadają przeludnione miasta. Dlaczego o tym mówię? Bo o żadnej innej porze roku, jak właśnie zimą, galerie i centra handlowe nie denerwują mnie aż tak bardzo. Z resztą... nie tylko galerie. Po prostu wystawy. Naprawę, denerwują mnie wystawy. 
Mamy początek grudnia, do świąt pozostało 19 dni. Wrocław (pewnie jak wszytkie duże miasta) przeżywa chionkowe oblężenie. I niech będzie, czepiam się i jestem sztywna, walczę z wiatrakami i chcę Odrę patykiem zawrócić, ale nie podoba mi się, że niektórzy robią wszystko żeby święta zaczeły się jeszcze w listopadzie. 
Dziś już chyba nikogo nie dziwi powiedzenie "ledwie wyszliśmy za bramę cmentarza. a już mamy Boże Narodzenie". No bo jak inaczej wytłumaczyć obecność ozdób choinkowych i mikołajków z czekolady w jednym z supermarketów? Owszem, jak jedna jaskółka wiosny nie czyni, tak czekoladowy mikołaj to wcale nie jest Boże Narodzenie. Nie mniej jednak, takie sytaucaje jednoznacznie dają nam do zrozumienia o czym mamy myśleć przez najbliższy miesiąc. 
Wynik ekonomiczny ponad wszysko. Boże Narodzenie otwiera nasze portfele. Do tego stopnia, że kupujemy nie myśląc. Wtedy ten, kto ma lepszą reklamę, korzystniejszą ofertę lub jest pierwszy, może przekonać do siebie klienta. I zaczyna się Meksyk! To właśnie dlatego Boże Narodzenie wkracza w przestrzeń publiczną jeszcze w listopadzie. 
Co roku(naiwnie) wierzę, że nie zobaczę w listopadzie choinki, nie usłyszę "Last Christmas", budynków centrów handlowych nie oświetlą setki lampek... Ktoś, skądinąd słusznie, mógłby mi zarzucić, że do Bożego Narodzenia przylgnęła już świecka tradycja. I ja się z tym zgodzę. Nie każdy musi wierzyć w narodziny Zbawiciela. Żyjemy w kraju, w którym mimo dominującej wiary katolickiej, znaczny odsetek stanowią innowiercy lub ateiści . I dla jednych Boże Narodznie jest zupełnie obojętne, a inni ubiorą choinkę, zjedzą Wigilię i w jakiś sposób będą celebrować te kilka wolnych dni. I to dla nich także ubierane są choinki w centrach handlowych... 
I żeby nie było wątpliwości. Nie neguję całkowicie ideii ozdabiania przestrzeni publicznej symbolami i elementami, które jednoznacznie utożsamiane są ze świętami. Jedyne co mam do zarzucenia to to, że robi się to zdecydowanie za wcześnie. 


Wracając do Wrocławia... Jest coś, nad czym również nie mogę przejśc do porządku dziennego. Wydział, na którym studiuję, znajduje się w pobliżu wrocławskiego rynku. Dziś przed zajęciami zebrałam się w sobie i poszłam na Jarmark bożonarodzeniowy. Niestety, to co tam zobaczyłam, popsuło mi humor na kilka godzin. Prawdopodobnie znów wyjdę na czepialską, ale poczyniłam pewne obserwacje. 
Osoby z mojego otoczenia wiedzą, że (nie licząc spraw zawodowych) jestem raczej wyrozumiała. A najbardziej ze wszytskiego nie lubię braku profesjonalizmu i hipokryzji. Dlaczego o tym piszę? Otóż hipokryzję odkryłam na Jarmarku bożonarodzeniowym. Ale od początku... 
Przechadzając się miedzy licznymi drewnianymi stoiskami, zauważyłam, że klienci Jarmarku to głównie dzieci w wieku szkolnym. Z ich zachowania wywnioskowałam, że zamiejscowi. Ot co... szkoła zorganizowała wycieczkę szkolną do pieknego, zabytkowaego miasta na jarmark. Założę się, że ani jedno dziecko nie zapamięta historii wrocławskiego Ratusza przytłoczone takim mnóstwem lizaków i waty cukrowej. 

Dla niewtajemniczonych... Główne "atrakcje" jarmarku stanowią słodycze. Lizaki wszelkich kształtów i rozmiarów. Waty cukrowe we wszystkich kolorach tęczy. Cukiernicze wypieki i czekoladowe kebaby... Nie, nie pomyliłam się. Na tegorocznym jarmarku można kupić kebab czekoladowy, lub jak wolicie "choco kebab". 
Jakby tego było mało handlarze dbają również o te bardziej wyrafinowane podniebienia. Koneserzy niebanalnych smaków mogą posilić się np. jadalnymi kasztanami. Natomiast ci, którzy gustują w klasycznych przysmakach, mogą delektować się gofrem ( niemal jak na morskiej promenadzie) lub gorącą kiełbasą. Całkiem swojsko. A dla spragnionych i zmarzniętych w ofrecie pitny miód i chałwa, grzaniec oraz inne dobrodziejstwa alkoholowe.
Obok takich przysmaków znaleźć możemy całe mnóstwo innych produktów. Nie tylko do jedzenia... Mamy pełen przekrój, od morza aż do Tatr - obok stoiska z oscypkami znajdziemy sznury bursztynowych korali. Jest też dużo innego rękodzieła. Ręcznie robione zabawki, torebki, rękawiczki. Można także znaleźć wiele kotów i ogromny słoik nutelli:) Niestety nic z tcyh rzeczy nie kojarzy mi się z Bożym Narodzeniem...


Do tego należy dodać głośną pseudo- świąteczną muzykę, kogoś w przebraniu mikołaja, sanie ze sztucznym reniferem i trochę za dużo małych świerków. Ale nie to rozeźliło mnie najbardziej. Na jednym ze stoisk odnalazłam coś takiego:

Hipokryzja w czytej postaci. Właściwie to nawet mnie to rozbawiło... Na Jarmarku bożonarodzeniowym sprzedawać naszywki z pacyfką (w razie wątpliwości proszę sprawdzić jak Kościół Katolicki odnosi się do tego pacyfistycznego symbolu) i hasłami negującymi sens religii. Bo nie wiem, czy to totalna ignorancja, głupota czy celowe działanie. Tak czy siak, coś tu jest nie tak.

I mogłabym przytoczyć jeszcze parę innych przykładów jak bardzo jarmark bożonarodzeniowy nie jest bożonarodzeniowy. Ale tym, którzy mają podobne odczucia do moich, wystarczy namacalnych dowodów.  A zafascynowanych jarmarkiem, jak sądze, i tak nie przekonam. Na koniec mam jeszcze dwie myśli. Fajnie byłoby pójść na jarmark tydzień przed świętami, gdy oczekiwanie na Boże Narodzenie sięga zenitu. Ale teraz? Gdy od końca listopada mijam go codziennie nie mam już ochoty. Bardzo przyjemnie byłoby też udać się na świąteczny spacer z bliskimi, w tym wyjątkowym okresie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Ale zaraz, zaraz... No tak! Przecież wtedy Jaramrku już nie ma. Bo przecież lepiej żeby był kilka tygodni przed, niż przynajmniej tydzien po- wszak po świętach ludzie nie kupują już prezentów. I skoro wrocławski jarmark nie ma nic (poza choinkami i okresem w kórym się odbywa) wpólnego z Bożym Narodzeniem, a wrecz neguje religię, której owe Święto jest efektem, to chyba należy zmienić nazwę np. na jarmark zimowy. I nie robić ewidentnie komercyjnego wydarzenia pod płaszczykiem najbardziej wyjątkowych świąt w całym roku.  A jeśli nie, to chociaż przemyśleć co się na nim sprzedaje. Po prostu byłoby uczciwej:)

Tyle ode mnie. Może się nie zgodzicie. W każdym razie, ja jarmark bojkotuję.
M. 

piątek, 28 listopada 2014

"A po nocy przychodzi dzień"


Ilekroć  słyszę gdzieś kawałek Budki Suflera od razu przed oczami mam stary czarny magnetofon i kasety. Pamiętacie jeszcze kasety magnetofonowe? Najbardziej uwielbiałam wyciągać z nich brązową taśmę i ręcznie ją wkręcać za pomocą kółeczek na kasecie. Mama nie była szczęśliwa z tej zabawy. Ileż kaset w ten sposób straciło swoje życie… Wczoraj w Hali Stulecia odbył się ostatni koncert Budki Suflera we Wrocławiu z trasy pożegnalnej zespołu „A po nocy przychodzi dzień”. Cała Hala Stulecia była zapełniona po brzegi fanami – gdziekolwiek by się człowiek nie obejrzał, widział wpatrzonych w scenę ludzi, którzy wraz z kapelą przeżywali ten muzyczny spektakl. Choć średnia wieku fanów to przedział wiekowy moich rodziców  to i tak od pierwszych taktów Budka Suflera pokazała, że mimo czterech dekad obecności na polskiej scenie muzycznej, nawet trochę się nie postarzała. Wszyscy spontanicznie śpiewali, klaskali i dali się porwać tańcu – emocje były wyczuwalne w powietrzu. Łezka kręci się w oku na myśl, że to ostatnia trasa zespołu.


fot. Różowa Komoda

fot. Różowa Komoda


Dziś oprócz moich wrażeń z koncertu przygotowałam dla Was subiektywny przegląd imprez, które będą miały miejsce w ten weekend we Wrocławiu. Na ostatni weekend listopada wrocławskie instytucje serwują sporo atrakcji i koncertów. Warto wybrać się na pl. Kościuszki, gdzie przez trzy dni będzie działała scena artystyczna. Dla wielbicieli mrocznych klimatów zdecydowanie polecam- Zamczysko na Zamku w Leśnicy. A ponadto:


Perły architektury w Parku Handlowym Bielany
Między 21 a 30 listopada w Parku Handlowym Bielany będzie można zobaczyć niezwykłą wystawę miniatur znanych budowli. Wcale nie trzeba jechać do Rzymu, Londynu by zrobić sobie selfie ze znaną budowlą. Na Bielanach zobaczycie: Krzywą Wieżę, Statuę Wolności, Big Bena, Tower Bridge, Bramę Brandenburską oraz brukselskie Atomium.


fot. Internet


Cała nasza trójka to zdecydowane mole książkowe dlatego warto wspomnieć w tym miejscu o charytatywnym kiermaszu książek – Buy a Book, który od piątku w Kinie Nowe Horyzonty. Kiermasz to idealna okazja dla wszystkich tych, którzy szukają książek na zimowe wieczory. Dochód z kiermaszu zasili konto Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci. Jak to działa? Wystarczy kupić symboliczną cegiełkę i wymienić ją na jedną z tysięcy książek. 
fot. Internet
W sobotę warto udać się na 38. Nocne Spotkanie Literacko – Muzyczne do Impartu. Spotkanie składać się będzie z dwóch części. W pierwszej rozegrany zostanie FINAŁ KONKURSU WOKALNEGO dla młodych, utalentowanych solistów lub zespołów uprawiających: poezję śpiewaną, ambitną piosenkę kabaretową, lub twórczość autorską. W drugiej części wieczoru odbędzie się KONCERT GALOWY. Jego bohaterem będzie Artur Andrus. Podczas występu artyście towarzyszyć będą następujący muzycy: Wojciech Stec – fortepian, gitara, Łukasz Borowiecki – kontrabas, akordeon, Łukasz Poprawski – saksofony, klarnet, Paweł Żejmo – perkusja.

 

fot. Internet

 

 Niedziela to fantastyczny duet! Grzegorz Turnau i Zakopawer! Co ich łączy? Muzyka, to jasne. Także ta wykonywana wspólnie. I nie chodzi tu wyłącznie o przebój „Na plażach Zanzibaru”. W niedzielę obaj artyści wystąpią w Hali Stulecia ze wspólnym programem pt. „W drodze”. To dość zaskakująca kooperacja, bo Turnau i Karpiel-Bułecka pochodzą tak naprawdę z dwóch zupełnie różnych muzycznych światów. Ten pierwszy jest utożsamiany z piosenką literacką, ten drugi – z nowocześnie wyprodukowanym graniem inspirowanym góralszczyzną. Ich biografie praktycznie nie mają żadnych punktów stycznych. To będzie niezwykłe doznanie artystyczne. 

fot. Internet




  
 Mam nadzieję, że do zobaczenia na kiermaszu książek i niezwykłym duecie w Imparcie. Nie zapominajcie, że sobota to Andrzejki! Wszystkim Andrzejom życzymy tego co dobre, ważne i potrzebne! :)

E.

 



  

piątek, 21 listopada 2014

Niezwykłe spotkanie z magicznym światem pięciu żywiołów

Tak jak w tytule posta, chciałabym Wam opowiedzieć o ceramice. Pierwszy raz glinę dotknęłam 3 lata temu i od razu się w niej zakochałam. Od tego czasu wszystkich moich bliskich obdarowuje naczyniami, aniołami, doniczkami. Tym co najbardziej pociąga mnie w ceramice to jej plastyczność oraz fakt, że ceramika to walka żywiołów. Glina to "ziemia rzeźbiona wodą, suszona wiatrem, wypalana ogniem. Kształtowana umysłem, wolą i sercem człowieka." Glina jest bardzo wdzięcznym materiałem. Wcale nie trzeba mieć talentu by stworzyć coś wyjątkowego a zarazem unikatowego.Niektórzy uważają, że lepienie z gliny uspakaja. Bez wątpienia lepienie w glinie to nie tylko ćwiczenie sprawności ruchowej czy manualnej ale również bodziec do rozwoju intelektualnego, rozwoju postrzegania i wyobraźni. Wiem, że wszystkie prace, które Wam tutaj prezentuję nie zawisną obok malarstwa w jaskini Pech Merle, rzeźby nie stanął obok graweckich Wenus,
a naczynia nie będą kopią stylu Josiaha Wedgwooda, ale mimo to, chcę wciąż poszukiwać i wciąż lepić.

fot. Różowa Komoda


To moja pierwsza miska, mam do niej ogromny sentyment. Kształt mi się udał ale szkliwienie już nie.

fot. Różowa Komoda

fot. Różowa Komoda


Na co dzień trzymam w niej owoce. W środku szkliwiłam ją hiszpańską czerwienią, na zewnątrz moją ukochaną plamą oleju.

fot. Różowa Komoda

fot. Różowa Komoda

Kubeczek toczony na toczku (kole garncarskim).

fot. Różowa Komoda

fot. Różowa Komoda



Jeśli chcecie spróbować ulepić coś z gliny to polecam Decobazar na Nadodrzu oraz Centrum Kultury Agora na ul. Serbskiej :)
E. 


piątek, 14 listopada 2014

Mydlana manufaktura.

Dziś trochę z innej beczki. Jeśli zdarzy się tak, że w któryś ciemny, jesienny wieczór nie będziecie miały ciekawego zajęcia, propunuję Wam wykonanie mydełek. Jest banalnie proste a efekty bywają zasakujące.

Do przygotowania 3 mydełek POTRZEBUJEMY:


- kostkę mydła Biały Jeleń
- 6 łyżek stołowych mleka
- łyżeczkę cynamonu
- łyżeczkę miodu
- 2 łyżki kawy
- plaster cytryny
- foremki do babeczek lub kostek lodu
- olejek zapachowy
- oliwę z oliwe lub oliwkę kosmetyczną

Kostkę mydła dzielimy (w miarę możliwości) na równe części.




1. Kawowe mydełko peelingujące

Jedną z części mydła tarkujemy na kuchennej tarce do sera i rozpuszczamy w kąpieli wodnej z dwiema łyżkami mleka. Po uzyskaniu kleistej papki dosypujemy 2 łyżki kawy i wszystko razem mieszamy. Jeżli mamy skórę skłonną do wysuszania dodajemy również odrobinę oliwki lub oliwy z oliwek. Gdy masa jest jeszcze ciepła przekładamy do formeki lub innego pojemniczka. Odstawiamy do zastygnięcia.


2. Mydełko cynamonowe.
Podobnie jak w mydełku kawowym ropuszczamy mydło w kąpieli wodnej. Gdy połączymy mydło i mleko możemy dodać łyżeczkę cynamonu i trochę miodu. Na koniec wkrapiamy kilka kropel olejku zapachowego. Oczywiście nie jest to konieczne, a zapach może być dowolny. Najlepiej taki, który Wam się spodoba. Ciepłą masę przekładamy do pojemniczka. 


3. Mydełko cytrynowe. 
Analogicznie do poprzenich dówch. Łączymy mydło, mleko i miód. Dodatkowo wyciskamy sok z cytryny i dodajemy troszkę miąszu. Wszystko mieszamy i gdy jest jeszcze ciepłe, wkładamy do foremki. Można dodać olejek cytrynowy dla podbicia zapachu. 



Ja użyłam gumowych foremek do babeczek.


Po zastygnięciu mydełka prezentują się tak.



Uwielbiam je za zapach:) Jest niesamowity... zwłaszcza mydełko cynamonowe:) Zachęcam do wykonania. Może macie inne pomysły na składniki takiego mydełka. Jesli tak, dajcie znać! :)

M.

piątek, 7 listopada 2014

"Potęga marzeń"

Jesień nastraja mnie do częstszego sięgania do regału z książkami. Ostatnio wpadła mi w ręce książka „Walt Disney Potęga marzeń”, której autorem jest Thomasa Boba. Chciałabym podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami po jej przeczytaniu. 


fot. Internet

Od samego początku książka ta wciąga i inspiruje. Nie jest tylko biografią złożoną z informacji i detali z życia tego wybitnego wizjonera, lecz ukazuje jego codzienne perypetie i zmagania w drodze do sukcesu, jaki osiągnął. Pokazuje ogromną determinację, pasję i pragnienie niezależności. Poznajemy Disneya jako wizjonera, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, który trzyma się swojego planu nie zważając na przeszkody czy komentarze otoczenia. Który nie rezygnuje z obranej drogi pomimo trudności. Dopiero po przeczytaniu tej pozycji widzę, jak bardzo niezłomny musi być człowiek pragnący podążać za marzeniami. Pierwsi pracownicy podkupieni przez inne przedsiębiorstwo zdradzili Disneya, zdradził go też inwestor zabierając prawa autorskie. Wiele przeszkód i perypetii spotkało tego człowieka, lecz on nigdy się nie poddawał. Zawsze działał według swojego standardu, kodeksu, jaki sobie wyznaczył. Pilnował, by w jego firmie byli odpowiedni ludzie. Nie dbał o koszty, lecz o jakość produktów, które wypuszczał na rynek. To było najważniejsze.
W pamięci szczególnie zapadły mi dwa fragmenty. Pierwszy dotyczy Myszki Miki. Wiedzieliście, że to nie Disney ja narysował? Nie on sam. On ją wymyślił, lecz dał swojemu najlepszemu rysownikowi, by stworzył rysunek na potrzeby pierwszej kreskówki. Umiał wykorzystywać talenty innych. To ważna cecha. Niezbędna.
- Zabił mi kiedyś klina pewien chłopiec, pytając, czy to ja narysowałem Myszkę Miki. Musiałem się przyznać, że już dawno nic nie narysowałem. Pytał więc dalej: ‘Czy to ty wymyślasz te wszystkie żarty i pomysły?’. Odpowiedziałem: ‘Nie, nie ja’. Popatrzył więc na mnie i zadał mi pytanie: ‘Panie Disney, to co pan w końcu robi?’. ‘Cóż – odpowiedziałem – czasem myślę, że jestem taką małą pszczółką. Fruwam od jednego działu wytwórni do drugiego, zbieram pyłek i staram się wszystkich pobudzać twórczo’. Taką właśnie rolę wykonuję.
Drugi fragment, który utkwił mi w pamięci to rozmowa Disneya z prezydentem Indonezji odwiedzającym Disneyland:
- Panie Disney, musi być pan niesłychanie zamożnym człowiekiem.
(…) – Tak, podobno jestem. Mówią, że mam około dziesięciu milionów dolarów.
Widać, że Walt nie dbał o finanse. Wręcz potrzebował u boku swojego brata, który zajmował się kwestiami ekonomii i analizy kosztów. Waltowi chodziło o to, by inspirować innych do dostarczania publiczności najlepszej rozrywki na świecie, bo w tym się spełniał. I dopiął swego.

Lekturę serdecznie polecam. A teraz otulam się kocem i włączam sobie "Królewnę Śnieżkę i 7 krasnoludków"  moją ulubioną bajkę :)

E.

piątek, 31 października 2014

Bo błędy trzeba popełniać!


Choć różowa komoda na pierwszy rzut oka wygląda „cukierkowo” to wcale taka nie jest. Życie każdego dnia uczy nas czegoś nowego. Wszystkich Świętych, Zaduszki zawsze skłaniają mnie do refleksji nad życiem, nad decyzjami, które podejmuje. Coraz częściej brakuje mi czasu, żyję w jakimś niedoczasie.

Planowanie jest dobre, planowanie jest potrzebne, nie da się przecież całe życie jechać na YOLO. Wyznaczanie sobie celów i dążenie do ich realizacji sprawia, że się rozwijamy, idziemy do przodu, budujemy, ulepszamy i super, heja do zajebistości! Trzeba być totalnym ignorantem, by wierzyć, że każdy cel da się zrealizować i jeszcze większym debilem, by każdą wolną chwilę poświęcać na planowanie kolejnej. Bo życie  bywa tu i teraz. I  bardzo, BARDZO, potrafi to życie zaskoczyć… Tak, że nawet ja się nie spodziewałam, a mnie przecież niewiele jest w stanie zdziwić, bo w końcu taka ąę doświadczona jestem. Z niejednego pieca chleb jadłam, niejedną wódkę piłam, na dnie i na szczycie leżałam… Teraz akurat stoję w miejscu by nie powiedzieć, że się uwsteczniam. 

Błędy. Popełniamy je wszyscy. Im bardziej człowiek czuje się niepewny i im bardziej nie wie, czego chce, tym bardziej komplikuje swoje życie. Są takie chwile w życiu, że Ci się wszystko wali na łeb. I choć bardzo chcesz stać w pionie, to jakoś Cię, kurde, ciągnie do ziemi. I wtedy Ty się na tej ziemi kładziesz i czekasz, aż ktoś Cię uratuje. Hero jakiś. Tymczasem im jesteśmy starsi, tym bardziej tych bohaterów ubywa. Odchodzą. Bywa, że i przyjaciele idą swoimi drogami. To ten moment, kiedy dociera do Ciebie, że tak naprawdę jesteś sam. I że jak się sam z tej gleby nie zbierzesz, to Ci nikt nie pomoże. Tak, potrafię czerpać z życia garściami. Owszem, idę do przodu i się nie poddaję. Ale kiedy tracę grunt pod nogami, wariuję. Nie potrafię wsłuchać się w siebie, podejmuję błędne decyzje i działam tak, jakbym sama chciała sobie strzelić w stopę. Rzadko tak się dzieje, ale kiedy już się dzieje, płynę. Głową w dół, prosto w przepaść.Więc kiedy ktoś mówi mi, że trzeba uczyć się na błędach… Mam ochotę rzucić w niego czymś. Bo człowiek podejmuje złe decyzje zwykle wtedy, kiedy traci kontrolę nad własnym życiem. Myśli nieracjonalnie, jest zagubiony i niepewny własnych możliwości, własnej siły. Błędy, które popełnia, mogą tylko sprawić, że będzie miał grubszą skórę, twardszy tyłek, ale nie sprawią, że w przyszłości nie popełni tej samej pomyłki. Czy to źle? Nie wiem… ale popełnianie błędów mimo wszystko uczy. Bardziej otwieramy się na świat. Najważniejsze jest by tych błędów nie żałować bo to nasze błędy. I to dzięki nim jesteśmy bogatsi o nowe doświadczenia.

Zawsze chciałam być przykładną kobietą sukcesu. Tymczasem stoję tu, rozkraczona na południku. Coraz bardziej spokojna. Coraz więcej widząca. Trochę przerażona. Ale jednak…

E.

piątek, 24 października 2014

Co na głowę?

Cześć! Dziś zaproponuję Wam coś, czego jeszcze nie było. Ponieważ pogoda nieubłagalnie przypomina nam, że mamy jesień, warto zaopatrzeć się w coś, co ogrzeje nasze głowy i uszy :) Dlatego też przygotowałam krótki i subiektywny przegląd nakryć głowy, które na sezon jesień/zima 2014 proponują najpopularniejsze sieciówki w Polsce.

1. Klasyczna czerń.

Mohito 34,99 zł


Cubus 9,90 euro

Cubus 12,90 euro


2.  Różowo mi.

Bershka 29,90 zł

Cubus 12,90 euro
H&M 9,90 zł
Mohito 49,90 zł
3. Morska bryza. 

H&M 19,90 zł
Mohito 49,99 zł
Zara 39,90 zł
4. Czarno na białym... albo odwrotnie. 

Cubus 12,90 euro
Mohito 29,90 zł
Zara 39,90 zł
5. Uszatki.

Cubus 9,90 euro
H&M 29,90 zł
H&M 29,90 zł
Zara 49,90 zł
6. Czapka z przesłaniem. 

Bershka 39,90 zł
Cubus 12,90 euro
H&M 29,90 zł

7. Pompony.

C&A 39,90 zł
C&A 34,90 zł
H&M 29,90 zł
Mohito 59,99 zł
Mohito 49,99 zł
8. Jeszcze więcej pomponów. 


C&A 39,90 zł
Bershka 39,90 zł

9. Powiew elegancji.

H&M 79,90 zł
Bershka 69,90 zł
H&M 59,90 zł
H&M 79,90zł
Berszka 89,90 zł
Zara 90,90 zł
10. Szara eminencja. 

C&A 79,90 zł
H&M 29,90 zł
H&M 99,90 zł
11. Burgund nadal w modzie. 

Cubus 9,90 euro
H&M 19,90 zł
12. Coś dla odważnych:)
Różowa kominiarka- Bershka 39,90 zł
Czapka z kokardą- Bershka 39,90 zł

13. Kolorowy zwrót głowy. 

H&M 29,90 zł
Zara 59,90 zł

Oto wybrane przeze mnie propozycje. Oczywiście oferta jest dużo bogatsza, ale nie sposób pokazać wszystkiego. Zróżnicowanie modeli, kolorów i cen powinno zaspokoić pragnienia każdego:)

M.