piątek, 5 grudnia 2014

Boże Narodzenie w listopadzie.

Jeśli kogoś nie obchodzi, co myśli autorka, to niech nie czyta dzisiejszej notki. Nie dowiecie się z niej na jaki film warto pójść, ani też jak wykonać śliczną ozdobę choinkową. Nic z tych rzeczy, chociaż o choinkach bedzie sporo. 
Wiekszość z Was już wie, że mieszkam we Wrocławiu. Nikogo nie trzeba uświadamiać, że jest to jedno z większych polskich miast. Z mnóstwem galerii, pięknym rynkiem i innymi takimi atrakcjami, które posiadają przeludnione miasta. Dlaczego o tym mówię? Bo o żadnej innej porze roku, jak właśnie zimą, galerie i centra handlowe nie denerwują mnie aż tak bardzo. Z resztą... nie tylko galerie. Po prostu wystawy. Naprawę, denerwują mnie wystawy. 
Mamy początek grudnia, do świąt pozostało 19 dni. Wrocław (pewnie jak wszytkie duże miasta) przeżywa chionkowe oblężenie. I niech będzie, czepiam się i jestem sztywna, walczę z wiatrakami i chcę Odrę patykiem zawrócić, ale nie podoba mi się, że niektórzy robią wszystko żeby święta zaczeły się jeszcze w listopadzie. 
Dziś już chyba nikogo nie dziwi powiedzenie "ledwie wyszliśmy za bramę cmentarza. a już mamy Boże Narodzenie". No bo jak inaczej wytłumaczyć obecność ozdób choinkowych i mikołajków z czekolady w jednym z supermarketów? Owszem, jak jedna jaskółka wiosny nie czyni, tak czekoladowy mikołaj to wcale nie jest Boże Narodzenie. Nie mniej jednak, takie sytaucaje jednoznacznie dają nam do zrozumienia o czym mamy myśleć przez najbliższy miesiąc. 
Wynik ekonomiczny ponad wszysko. Boże Narodzenie otwiera nasze portfele. Do tego stopnia, że kupujemy nie myśląc. Wtedy ten, kto ma lepszą reklamę, korzystniejszą ofertę lub jest pierwszy, może przekonać do siebie klienta. I zaczyna się Meksyk! To właśnie dlatego Boże Narodzenie wkracza w przestrzeń publiczną jeszcze w listopadzie. 
Co roku(naiwnie) wierzę, że nie zobaczę w listopadzie choinki, nie usłyszę "Last Christmas", budynków centrów handlowych nie oświetlą setki lampek... Ktoś, skądinąd słusznie, mógłby mi zarzucić, że do Bożego Narodzenia przylgnęła już świecka tradycja. I ja się z tym zgodzę. Nie każdy musi wierzyć w narodziny Zbawiciela. Żyjemy w kraju, w którym mimo dominującej wiary katolickiej, znaczny odsetek stanowią innowiercy lub ateiści . I dla jednych Boże Narodznie jest zupełnie obojętne, a inni ubiorą choinkę, zjedzą Wigilię i w jakiś sposób będą celebrować te kilka wolnych dni. I to dla nich także ubierane są choinki w centrach handlowych... 
I żeby nie było wątpliwości. Nie neguję całkowicie ideii ozdabiania przestrzeni publicznej symbolami i elementami, które jednoznacznie utożsamiane są ze świętami. Jedyne co mam do zarzucenia to to, że robi się to zdecydowanie za wcześnie. 


Wracając do Wrocławia... Jest coś, nad czym również nie mogę przejśc do porządku dziennego. Wydział, na którym studiuję, znajduje się w pobliżu wrocławskiego rynku. Dziś przed zajęciami zebrałam się w sobie i poszłam na Jarmark bożonarodzeniowy. Niestety, to co tam zobaczyłam, popsuło mi humor na kilka godzin. Prawdopodobnie znów wyjdę na czepialską, ale poczyniłam pewne obserwacje. 
Osoby z mojego otoczenia wiedzą, że (nie licząc spraw zawodowych) jestem raczej wyrozumiała. A najbardziej ze wszytskiego nie lubię braku profesjonalizmu i hipokryzji. Dlaczego o tym piszę? Otóż hipokryzję odkryłam na Jarmarku bożonarodzeniowym. Ale od początku... 
Przechadzając się miedzy licznymi drewnianymi stoiskami, zauważyłam, że klienci Jarmarku to głównie dzieci w wieku szkolnym. Z ich zachowania wywnioskowałam, że zamiejscowi. Ot co... szkoła zorganizowała wycieczkę szkolną do pieknego, zabytkowaego miasta na jarmark. Założę się, że ani jedno dziecko nie zapamięta historii wrocławskiego Ratusza przytłoczone takim mnóstwem lizaków i waty cukrowej. 

Dla niewtajemniczonych... Główne "atrakcje" jarmarku stanowią słodycze. Lizaki wszelkich kształtów i rozmiarów. Waty cukrowe we wszystkich kolorach tęczy. Cukiernicze wypieki i czekoladowe kebaby... Nie, nie pomyliłam się. Na tegorocznym jarmarku można kupić kebab czekoladowy, lub jak wolicie "choco kebab". 
Jakby tego było mało handlarze dbają również o te bardziej wyrafinowane podniebienia. Koneserzy niebanalnych smaków mogą posilić się np. jadalnymi kasztanami. Natomiast ci, którzy gustują w klasycznych przysmakach, mogą delektować się gofrem ( niemal jak na morskiej promenadzie) lub gorącą kiełbasą. Całkiem swojsko. A dla spragnionych i zmarzniętych w ofrecie pitny miód i chałwa, grzaniec oraz inne dobrodziejstwa alkoholowe.
Obok takich przysmaków znaleźć możemy całe mnóstwo innych produktów. Nie tylko do jedzenia... Mamy pełen przekrój, od morza aż do Tatr - obok stoiska z oscypkami znajdziemy sznury bursztynowych korali. Jest też dużo innego rękodzieła. Ręcznie robione zabawki, torebki, rękawiczki. Można także znaleźć wiele kotów i ogromny słoik nutelli:) Niestety nic z tcyh rzeczy nie kojarzy mi się z Bożym Narodzeniem...


Do tego należy dodać głośną pseudo- świąteczną muzykę, kogoś w przebraniu mikołaja, sanie ze sztucznym reniferem i trochę za dużo małych świerków. Ale nie to rozeźliło mnie najbardziej. Na jednym ze stoisk odnalazłam coś takiego:

Hipokryzja w czytej postaci. Właściwie to nawet mnie to rozbawiło... Na Jarmarku bożonarodzeniowym sprzedawać naszywki z pacyfką (w razie wątpliwości proszę sprawdzić jak Kościół Katolicki odnosi się do tego pacyfistycznego symbolu) i hasłami negującymi sens religii. Bo nie wiem, czy to totalna ignorancja, głupota czy celowe działanie. Tak czy siak, coś tu jest nie tak.

I mogłabym przytoczyć jeszcze parę innych przykładów jak bardzo jarmark bożonarodzeniowy nie jest bożonarodzeniowy. Ale tym, którzy mają podobne odczucia do moich, wystarczy namacalnych dowodów.  A zafascynowanych jarmarkiem, jak sądze, i tak nie przekonam. Na koniec mam jeszcze dwie myśli. Fajnie byłoby pójść na jarmark tydzień przed świętami, gdy oczekiwanie na Boże Narodzenie sięga zenitu. Ale teraz? Gdy od końca listopada mijam go codziennie nie mam już ochoty. Bardzo przyjemnie byłoby też udać się na świąteczny spacer z bliskimi, w tym wyjątkowym okresie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Ale zaraz, zaraz... No tak! Przecież wtedy Jaramrku już nie ma. Bo przecież lepiej żeby był kilka tygodni przed, niż przynajmniej tydzien po- wszak po świętach ludzie nie kupują już prezentów. I skoro wrocławski jarmark nie ma nic (poza choinkami i okresem w kórym się odbywa) wpólnego z Bożym Narodzeniem, a wrecz neguje religię, której owe Święto jest efektem, to chyba należy zmienić nazwę np. na jarmark zimowy. I nie robić ewidentnie komercyjnego wydarzenia pod płaszczykiem najbardziej wyjątkowych świąt w całym roku.  A jeśli nie, to chociaż przemyśleć co się na nim sprzedaje. Po prostu byłoby uczciwej:)

Tyle ode mnie. Może się nie zgodzicie. W każdym razie, ja jarmark bojkotuję.
M. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz