piątek, 26 września 2014

Miasto 44.

Siadając do napisania tej notki pomyślałam, że zacznę od wytłumaczenia się, dlaczego w ogóle o tym napiszę. Ale teraz zmieniam zdanie. Nie będę Wam tłumaczyć dlaczego napisze o filmie, pomimo, że nie o tym jest blog. Po prostu to zrobię i nie ukrywam, że będę subiektywna. Ale może mimo tego ktoś z Was pójdzie i przeżyje niezwykłe 120 minut swojego życia.  

Film, na którym byłyśmy tydzień temu z Eweliną, spowodował we mnie taką kumulacje emocji, wobec której nie potrafię i nie mogę być obojętna. "Miasto 44", bo o nim mowa, to obraz, z którym każdy powinien się zmierzyć.



Oficjalny plakat filmowy



Od momentu, gdy dowiedziałam się o pracy nad projektem filmowym "Miasto 44" zniecierpliwiona czekałam. Ufałam, że produkcja, którą reżyseruje Jan Komasa będzie wyjątkowa. Wciąż w pamięci miałam obrazy z "Sali samobójców" i "Golgoty Wrocławskiej", o których fenomenie nie będę się teraz rozpisywać. Jednak to, czego doświadczyłam w sali kinowej i doświadczałam jeszcze długo po jej opuszczeniu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. "Miasto 44" mnie zmiażdżyło, w każdym możliwym tego słowa znaczeniu.


Oficjalny plakat filmowy


Przeglądając liczne recenzje filmu zauważyłam, że wszędzie zwracano uwagę na efekty specjalne. Nie będę się silić na ich pochlebstwa czy dogłębną analizę. Bo po prostu jestem totalnym laikiem w tej dziedzinie. Nie znam się na efektach specjalnych, nie dla nich poszłam na ten film i nie o nie w kinie zabiegam. Nadmienię tylko, że odpowiedzialny był za nie Richard Brain, który pracował przy takich produkcjach jak "Incepcja" i "Nędznicy".

Po obejrzeniu, jeszcze bardziej zdumiewa mnie niczym niepoparty krytycyzm filmu ze strony ludzi, którzy go nie widzieli. Dokonują swojego osądu na podstawie recenzji lub stereotypowego myślenia. Odcinają się od produkcji poruszających tematykę wojenną, historyczną… ukazujących kontrowersyjne dzieje Polski. Idąc na ten film myślałam o nim jak o kolejnej produkcji o Powstaniu Warszawskim i był to dla mnie wystarczający powód aby go zobaczyć. II Wojna Światowa to okres w dziejach naszej historii, którym się interesuje. Widziałam wszystkie polskie produkcje kinowe, których fabuła osadzona jest w tym okresie i żaden nie może się równać z filmem Komasy.
Wbrew pozorom to film dla ludzi o mocnych nerwach. Niektórzy z obecnych na sali zakrywali oczy lub odwracali wzrok- Ewelina też. Pełno tam porozrzucanych kończyn ludzkich i szczątek ciał spadających w deszczu krwi z nieba.
Myślę, że jest to film wyjątkowy. Bo nie ocenia Powstania. Nie predestynuje Powstańców do miana bohaterów ani też nie poddaje ocenie sensowności jego wybuchu. Pokazuje realia zgodnie z relacjami ludzi, którzy to piekło przeżyli. Nie znajdziecie tam aktorów z pierwszych stron kolorowych gazet, twarzy które są wszędzie tak, iż boimy się czy rano nie wyskoczą nam z lodówki. Reżyser zaufał młodym, naszym rówieśnikom, którzy wykonali powierzone im zadanie jak prawdziwi profesjonaliści.




Nie mogę przejść obojętnie obok muzyki, która fenomenalnie wpisywała się w każdą ze scen. Gdybym przed obejrzeniem "Miasta 44" usłyszała, że ktoś w filmie o Powstaniu Warszawskim użyje kawałów Skrillex'a, to byłabym zniesmaczona. Ale nie jestem. Powiem więcej, scena z tą muzyką jest jedną z moich ulubionych scen. Zatem jeśli kiedykolwiek pomyśleliście, że w filmie o Powstaniu czegoś zrobić nie wypada, to bardzo możliwe, że w "Mieście 44" to zobaczycie.
Pokazane są tam wszystkie emocje i stany jakie towarzyszą ludziom. Od tych najwznioślejszych jak odwaga, miłość i honor. Po te najbardziej podłe- zdradę, tchórzostwo i lenistwo. W filmie nie ma tematów tabu. Reżyser nie odciął się od seksu, nagości, przemocy i brutalności. Nie każdy z bohaterów pali się do walki, nie wszyscy wierzą w zwycięstwo. Nie każdy żołnierz AK jest wzorem cnót. Nie każdy żołnierz niemiecki jest bezduszny. Bohaterowie "Miasta 44" zostali odarci z wszelkich konwenansów. Na szczęście mądrze, dzięki temu opowiedziana historia nie traci na autentyczności.






Dziś, po obejrzeniu tego filmu wiem, dlaczego wybrano właśnie taki tytuł. Bo nie narzuca się on z Powstaniem. Jeśli ktoś zadałby mi pytanie, o czym jest "Miasto 44"? Moja odpowiedź będzie jedna. "Miasto 44" to film o miłości. Najlepszy polski film jaki widziałam w ostatnim czasie. Film opowiadający najpiękniejszą i najprawdziwszą historię miłości w jakiej mogłam uczestniczyć spoglądając na ekran kinowy. Odnalazłam w nim więcej miłości, bliskości, namiętności, romantyzmu i tęsknoty niż w najlepszych komediach romantycznych.
Życzę wszystkim, którzy tworzyli ten film, a w szczególności reżyserowi, aby wyświetlały go kina na całym świecie. Mamy coś, czego nie musimy się wstydzić. Na koniec dodam, że tylko trzy razy byłam na seansie, po którym ludzie opuszczali sale w zupełnej ciszy. Pierwszy raz po "Katyniu", drugi raz po filmie "Popiełuszko- wolność jest w nas" i trzeci raz tydzień temu- po obejrzeniu "Miasta 44".


To film o wolności, która nie jest dana na zawsze. Film o nas samych, o tym jacy jesteśmy w młodości. Tyle tylko, że strzelają i bardziej brutalnie giną.

"Uciekniemy tam daleko i nas nigdy nic nie rozłączy. Tylko Ty i ja."


M.